niedziela, 26 październik 2014 11:22

Wspomnienie o Andrzeju Łapińskim

W dniu 24 października 2014 r. odbył się pogrzeb naszego Kolegi Andrzeja Łapińskiego. 

Jak trudno żegnać kogoś, kto powinien być jeszcze wśród nas.  Kogoś, kogo chciałoby się wciąż słuchać i do kogo mówić.

Chciałbym Andrzejowi, a właściwie Łapie, powiedzieć, że jak inni, zazdrościłem mu dzieciństwa wśród gór, a młodości w górach. W górach, które kochał i którymi dzielił się nie tylko ze swoimi towarzyszami wypraw, ale i nami, ceprami, którym je pokazywał i w które nas prowadził. Tak jak przed laty, podczas pamiętnego wejścia prezesów i dyrektorów zakładów górniczych na Rysy. Szedł wtedy ostatni, chociaż mógł nas przecież wszystkich wyprzedzić bez problemu. Ale On, wraz ze swoją faworytą za pazuchą jak zwykle wspierał najsłabszych. Taki był Łapa.  

Ukochane góry, takie ważne i takie Jego. Kiedy po ukończeniu studiów z opóźnieniem z ich powodu,  wszedł do branży, to zdobywał kolejne stopnie wtajemniczenia z pełnym zaangażowaniem, tak jak wcześniej, szczyty swoich gór. Nasze kontakty były wtedy sporadyczne, ale i tak już było wiadomo, że Łapa to twardy facet. Miałem wielki przywilej być z Nim na kontrakcie Dromexu w Libii.  Tam to rozbierał góry i nie dawał sobie w kaszę dmuchać drogowcom. Zawsze ze swoimi ludźmi, zawsze niezawodny, w specyficznych warunkach kontraktowej rzeczywistości. Taki był Łapa.

Po powrocie do swojej od zawsze firmy, mimo trudnych czasów, krok po kroku rozwijał ją technicznie, technologicznie, organizacyjnie. Z pełnym zaangażowaniem, bez patrzenia na zegarek, na innych i często za innych. Najpierw pracownicy, potem On. Taki był Łapa.

A potem, gdy po przełomie przyszły dla branży szczególnie trudne czasy, bez wahania był wśród tych, którzy w integracji widzieli możliwość zmian. Wtedy działał z nami koncentrując się w celu, a nie przeciw. Szanowaliśmy autonomię każdego, ale byliśmy razem. Im było trudniej, tym bardziej było Go widać.

Taki był Łapa.

Dzień przed pogrzebem jechałem w Warszawie Aleją Szucha i zobaczyłem budynek Trybunału Konstytucyjnego. Gdy producentom kruszyw działa się krzywda, stawał tam w ich imieniu, niezwykle merytorycznie i skutecznie. Taki był Łapa.

I przyszły zmiany. Powoli, ale przyszły. Swój status własnościowy zaczęły zmieniać firmy produkcyjne kruszyw. I znów wśród pierwszych była Jego firma, kończąc z sukcesem zamianę w spółkę pracowniczą. Wykazał się wtedy jeszcze jedną cechą. Pokazał, że nie zawsze trzeba być bogatym, ale zawsze trzeba być uczciwym. Część firmy, którą bezkrytycznie hołubił nie chciała tego zaakceptować. Zostawił, więc ich słusznie, i czas pokazał, że to On miał rację. Taki był Łapa.

Znalazł dla siebie miejsce w doradztwie technicznym i technologicznym, które to obowiązki wykonywał niezwykle sumiennie i gdzie jego osobista wiedza i autorytet były najlepszą  gwarancją.  Taki był Łapa. 

A potem kariera zawodowa zatoczyła koło. Wrócił do organizacji, uruchomienia i wznowienia wydobycia przez dwa zakłady górnicze, o których prawie wszyscy zapomnieli, a którym na nowo dal życie. Taki był Łapa.

Jak Go zapamiętam? Zapamiętam Go, jako upartego w realizacji celów, merytorycznie i praktycznie, mistrzowsko przygotowanego inżyniera górnika, myślącego o innych kosztem siebie. Pogodnego, gotowego natychmiast służyć radą i pomocą.

Był wspaniałym kolegą, a gdy zostawał przyjacielem, to można było na niego liczyć bezgranicznie.  Łączyło nas wiele, mimo tego, że nie mieliśmy codziennych, nawet częstych kontaktów.

Gdybym jednak znalazł się w sytuacji wymagającej pomocy, to wiem, że od Niego byłaby ona natychmiastowa, skuteczna i bezinteresowna.

Andrzej żył mocno, może za mocno, ale on żyć inaczej nie potrafił. Trzeba było Go z tymi jego zachowaniami akceptować.  Często, nawet tracąc kogoś bliskiego, nie tracimy tak wiele jak tracąc takiego przyjaciela jak On.

Basiu, Rodzino, jestem z Wami w żalu.  Pamiętajcie, Andrzej poszedł nie w góry, a do Góry. Gdy pójdziemy za Nim będzie czekał na nas uśmiechnięty przy szlaku pod szczytem z faworytą za pazuchą, by nam dodać otuchy i pomóc.

I jeszcze jedno. W przyszłym roku przyrzekliśmy sobie obaj późnojesienne spotkanie w górach, w dniu ważnym dla nas, wśród naszych przyjaciół. Nic się nie zmienia, zorganizuję je. I chociaż jak zwykle się spóźnisz, ale i tym razem nie zawiedziesz...

 

Aleksander, a właściwie Kabza.

 

Ps. Miałem to powiedzieć w dniu Twojego pogrzebu, ale nie dałem rady.

Czytany 4990 razy